Dwanaście Mil Do Wolności

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dwanaście mil… niewiele, a jednak czasem wystarcza, by ujrzeć, zrozumieć, umrzeć i zmartwychwstać. Czas. Biegniemy w stronę własnego odkupienia szukając ratunku na drogach prowadzących do nikąd. Poszukujemy skrótów do raju, bo mamy zbyt mało czasu, by pozwolić sobie na komfort czekania. Dwanaście mil.. za mało czasu. Odległość może być czasem. Biologiczny zegar naszego serca odmierza każdą sekundę w nieubłaganym systemie celu i skutków. Presja określająca motywację do życia. Zbyt wiele nie zrobiliśmy, na zbyt wiele zabraknie czasu. Piękno świata dostrzegają szaleńcy. Wszystko ma swój porządek, przyczynę i przebieg. W tym pośpiechu nie widać jakości. Nie można dostrzec, że błękit jest błękitem, a czerwień czerwienią. Szaleńcy żyją wolniej. Widzą piękniej. Mają przywilej nieprzestrzegania zasad czasu. Kolorowe wiatraki otoczone pryzmatem światła… metafora tworzenia nie zawierającego konieczności. Harmonia świata. Stoją i produkują. Produkują i nie niszczą. Piękne prostotą i ruchem, który jest mimowolny. Powolny, ospały, niezobowiązująco doskonały. W świecie gonitwy i wyścigu szczurów, szaleństwo daje przywilej błogiej nieświadomości. Pozwala być. Widzieć to, co za szybko mijamy. Umożliwia niespełnianie oczekiwań. Świat jest piękny, a ja po prostu jestem. Nic więcej. Jeszcze tego nie wiem. Jeszcze nie.

Dwanaście mil… patrzę na zegarek. Nic się dzisiaj nie układa. Wszystko jest przeciwko mnie. Wschodzące słońce, które mnie oślepia i zachwyca. Jak szaleństwo. Próbuję złapać powietrze , więcej powietrza, wiem, że ono pozwoli mi przeżyć. Odświeży mój mózg. Zracjonalizuje percepcje. Próbuję ogarnąć mój stan świadomości. Zapanować nad mózgiem- bezskutecznie. Niczego już nie wiem. Nie wiem, co jest realne. Odchodzę od zmysłów i gnam do przodu. Muszę dotrzeć do celu.

Dwanaście mil, by zdążyć się wytłumaczyć, by ktoś usłyszał mój krzyk bezradności. Wołanie o pomoc.

Dwanaście mil samotności. Chciałbym powiedzieć rzeczy ważne… ale nikt nie słucha. Nikt nie chce słuchać. Kawałek ciasta, oczekiwanie na podróżnych, poszukiwanie szpitala, wiara w to, że mogę zdążyć.

Dwanaście pieprzonych mil…bułka z masłem. Wystarczy, że będę jechał. Nie mogę pozwolić sobie na sen. Muszę się przemieszczać. Ruch jest ważny. W tym momencie najważniejszy. Uciekam przed światem i przed samym sobą. Włączam muzykę i bije się po twarzy. Wszystko bez sensu. Jestem już zmęczony i zdeterminowany. W lusterkach odbija się to, co było. Przede mną nie widzę tego, co będzie. Oślepia mnie Słońce. Blask. Szaleństwo. Tak bardzo jest mi już wszystko jedno, co się stanie, ale wiem, że nie mogę się poddać. Nie wiem- czuję. Nie mogę zapanować nad tym, co widzę. Wszystko się rozmywa. To mnie przeraża i zachwyca zarazem. Jeszcze osiem mil. Nie mam już siły. Pieprzony ból brzucha i halucynacje. Jeszcze osiem mil. Nie wiem, czy dam radę. Jestem już zmęczony. Chciałbym odpocząć. Motywuje mnie tylko zdjęcie. Dobrze, że je mam. Modlę się do Boga. Normalnie nie mam czasu na modlitwy. Teraz mam czas tylko na to, by się modlić. Zatrzymałem się, ale nie zatrzymałem czasu. Słyszę bicie serca… słyszę swój oddech, nad którym nie mam kontroli. Tak naprawdę nad niczym nie mam już kontroli. Jestem zdany na łaskę. Na to, by być. Nie panuję już nad szaleństwem. Modlę się… widzę błękit nieba. Widzę samochód.

Zatrzymuje się. Jest jeszcze nadzieja. Kilka mil. Pełznę do niego tak bardzo zmęczony i bezradny. Błagam o pomoc. Nie wiem gdzie jestem i która jest godzina. Bełkoczę o rzeczach nieistotnych dla nikogo oprócz mnie. Jestem niewolnikiem przypadku, zdanym na łaskę. Miała być bułka z masłem. Teraz rozumiem więcej, widzę więcej… zostało tylko kilka mil, a ja nie wiem, czy starczy minut. Jestem niewolnikiem czasu. Marną istotą niepotrafiącą się wyrwać z tej przeklętej pętli. Ciastka, telefon, zdjęcie, jedź, szpital, boli mnie brzuch, bułka z masłem. Chciałbym powiedzieć coś, co będzie miało jakąś logiczną całość. Nie potrafię. Oszalałem. Jestem szalony. Nie staram się już nawet umiejscowić się w czasie.

Jestem szalony. Jestem i umieram… mimowolnie umieram. Budzę się przy świetle, które jest piękne. Dla innych to piękno jest niedostrzegalne. Ja je widzę… bo to moje piękno. Znów mam nadzieję, choć po raz kolejny oślepia mnie to, co będzie. Nadzieja pozwala mi zapanować nad czasem. Nie wierzę już zmysłom. Budzę się. Zmartwychwstałem. Nie umarłem fizycznie, a mimo to zmartwychwstałem. Przede mną siedzi ona. Pamiętam jej twarz. Myślałem, że jest aniołem. Jest nim. Uratowała mnie i pomyślała o wszystkim. Dzięki niej się uśmiecham. Dawno już tego nie robiłem. Widzę ją dokładnie… jest taka niezmęczona życiem. Kiedy człowiek myśli, że umiera, trzyma się kurczowo tego, co kocha. Kiedy uda mu się przeżyć kocha to, czego nie był w stanie kochać, kiedy myślał, że umiera. Dwanaście mil.. znaczących więcej niż całe moje życie. Nie patrzę na zegarek. Nie ma to sensu.

Nie można zrozumieć czasu ani nad nim zapanować. Nie zdążyłem żyć póki nie umarłem.

Dwanaście mil, podczas których, moja ziemia obróciła się milion razy. Dwanaście mil. Dwanaście mil do śmierci i zbawienia. Dwanaście mil do Trony.

Gdy słońce kultury chyli się ku zachodowi, to nawet karły rzucają długie cienie.- Karl Kraus

Piotr Budzeń

( tekst z Wolnej Prasy Chocianowa, 1 styczeń 2012)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *